Żeby opowiadać jakąś bajkę, wcale nie trzeba znać innych.

Wywiad z Lechem Janerką

Ja nagrywam, a Pan?

(śmiech) Ja nie nagrywam.

Nic?

Mówimy o piosenkach?

Tak. Czy w życiu Lecha Janerki nadszedł ten moment, kiedy ma ochotę i coś nagra?

Oj, to tak nie działa. Ochotę to ja mam dosyć często (śmiech), tylko potencjał zawodzi. (śmiech)

A naród się nie domaga?

Naród się domaga, tylko że… Czy ja wiem, czy nagrywanie piosenek zależy od narodu?… Bardziej chyba zależy od tego, czy mam coś do powiedzenia. Muzykę nagraliśmy cztery lata temu, a werbalnie… Słabo. Napisałem trzy teksty. W tym roku tylko jeden.

To może trzeba sięgnąć do pomysłów z liceum? Tam 200 piosenek czekało…

Nie, nie. Kompozycje są. W liceum pisałem melodyjkę i pierwszą frazę tekstu. To były bardzo młodzieńcze rzeczy – o wiośnie, o miłości.

To znaczy, że jak nie wiosna i nie miłość, to Lech Janerka nie ma już nic do powiedzenia?

Nie. Nigdy nie śpiewałem o miłości (śmiech).

No właśnie, dlatego mnie to zastanawia…

Coś próbuję wyartykułować, ale słabo mi idzie.

Przygotowując się do wywiadu niechcący spojrzałem na metrykę i zobaczyłem, że Lech Janerka w tym roku w maju wkroczył w wiek emerytalny…

Dokładnie.

Ostatnia płyta – rok 2005. Teraz – wiek emerytalny. Pytanie, czy jeszcze można się czegoś spodziewać? Pytam nie bez powodu – przemawia przeze mnie fan.

Złapałeś mnie na tym, że miksuję utwór

Dzieje się w takim razie!

Coś tam się dzieje, ale tyle tych falstartów już było… Opowiadałem, że już, już, już i nagle – nie już… Jak nie zrobię w tym roku, to już w ogóle nie zrobię. Będę przynudzał. Zamknę się w dziurze i każę się zasypać.

Jak tam piłka nożna?

Mam pościel w barwach Barcelony. Będę musiał powoli zmieniać, bo Barcelona chyba przechodzi kryzys. Czyli fanem jestem malowanym.

 Ostatnie dni nerwowe?

Nie histeryzuję. Oglądam. Lubię jak ktoś się estetycznie porusza i jeszcze jest jakiś efekt tego poruszania się. To były wspaniałe widowiska. Futbol się zmienia. W tej chwili jest bardzo wymagający. Ci, którzy go uprawiają muszą stawać na czubkach palców, robić głębokie wdechy, żeby sprostać wymaganiom. Niesamowite jest to, że na tych mistrzostwach świata (poza Francją, która jeszcze w miarę gra) praktycznie wszystkie tuzy zawiodły. Z drugiej strony to pocieszające, bo futbol to bardzo demokratyczna gra. Nie chce ci się? Nie umiesz? Przegrywasz i koniec. Nie ma żadnej dyskusji.

Tak jak w życiu?

Nooo… Futbol jest jak ekstremalne życie. W życiu aż tak ekstremalnie nie jest.

Pytam o futbol i nowe utwory, bo próbuję sobie zbudować obraz, czym teraz żyje Lech Janerka… Co teraz Lecha Janerkę „jara”? Teraz był koncert, George Clinton…

No tak, graliśmy (29 czerwca na festiwalu Inne Brzmienia w Lublinie – przyp. red.).

Koncerty jeszcze „jarają”?

Jeżeli dobrze brzmią i publiczność podgrzewa atmosferę to tak. Potrafi to być ekscytujące.

To jest coś co wyciąga z domu? Taka właśnie potrzeba zobaczenia, czy tym razem uda się podkręcić tych wszystkich ludzi na widowni?

Przede wszystkim, czy uda się wyjść i przypomnieć sobie wszystkie teksty i pochody basowe (śmiech). To jest ciekawostka. Czasami jadąc na koncert rozmyślam co by się stało, gdyby nagle coś mi przeskoczyło w głowie, wszystko bym zapomniał i nie był w stanie nic z siebie dać, ale póki co się udaje.

Póki co mam wrażenie, że Lech Janerka jest cały czas bardzo rześkim i młodym człowiekiem…

Młody już nie jestem, ale się nie oszczędzam (śmiech). Ostatnio dużo energii poświęcam nartom. Cztery lata temu nauczyłem się jeździć, a że lubię szybko i się nie boję, ciągle coś sobie rozbijam. W tym roku naderwałem bark i niestety z takim gram koncerty. Kontrakty są do października, a operację powinienem zrobić w marcu. Jeżdżę więc poobklejany taśmami, w autobusie siedzę z temblakiem itd. Wychodzę na koncert i mam nadzieję, że będę w stanie grać dłużej niż 60 minut. Ciężko mi to idzie, bo po godzinie zaczynają pojawiać się bóle.

Cały czas jest bardzo sportowo. A jeszcze wszystkim Lech Janerka kojarzy się z rowerem. Nie bez powodu…

A tak – „Rower”! (śmiech) Trenowałem wyczynowo pływanie. Wielkich wyników nie zrobiłem ale to był sport, który najdłużej uprawiałem.

Nie można było zostać przy pływaniu? Chyba trochę mniej kontuzjogenne?

(śmiech) Kiedy popsuł mi się kręgosłup wróciłem do pływania i tak sobie go nastawiałem. To ciągle działa.

Proste pytanie – po co żyć panie Lechu?

Hahaha, dobre! Myślę, że takie pytanie pojawia się gdzieś we wczesnej młodości. Wtedy szukamy czegoś co nas motywuje i pozwala z radością wypatrywać następnego dnia. W moim wypadku to były dwie, a może trzy, rzeczy… Na początku ciekawość innych ludzi, wydarzeń. Czytanie książek mnie zaspokajało. Potem to moje wnętrze wypełnione literaturą, po zderzeniu z rzeczywistością, było co nieco zdziwione (śmiech). Później… No cóż – związek. Poznałem swoją żonę gdy miałem 19 lat. Jesteśmy rówieśnikami. Od ponad 40 lat właściwie nierozłączni. Od 35 gramy razem, więc spędzamy bardzo intensywnie każdą sekundę każdego dnia naszego życia.

Wypadałoby jeszcze w młodości znaleźć sobie coś, co nas kręci. Dla mnie to było pisanie piosenek, czyli – krótko mówiąc – fantazjowanie. Potem tak się złożyło, że te moje fantazje mogłem zamienić na konkret i się z nich utrzymywać. Te piosenki do dzisiaj trzymają mnie w napięciu, potrafią, mówiąc młodzieżowym językiem, „nakręcić mnie” do jakiegoś działania, napinania się, itd. Poza tym, świat muzyki potrafi mnie inspirować W szkole średniej żyłem muzyką. Wtedy chyba była to dla mnie najważniejsza rzecz.

Mam taką wewnętrzną wątpliwość, czy da się to ciągnąć dalej? Czy człowiek może mieć całe życie taką samą pasję do zgłębiania, odkrywania muzyki? Mam wrażenie, że młodzieńcze rozedrganie emocjonalne jest o wiele lepszą pożywką dla tej muzycznej bakterii, która z wiekiem słabnie. Trudniej się coś do nas przykleja, fascynuje muzycznie, bo może emocje bardziej płaskie?

Tak jest ze wszystkim, z każdą dziedziną życia. Z muzyką podobnie. Z tym, że muzyka jest abstrakcyjna. Jeżeli nie będziemy przejmowali się tym, że powinna być modna i wszystkim się podobać, zawsze znajdziemy w niej elementy, które nas inspirują i powodują, że napięcie nie przygasa. Czasami bywam zmęczony muzyką. Nie słucham jej zbyt wiele, ale, żeby opowiadać jakąś bajkę, wcale nie trzeba znać innych. Trzeba stworzyć swoją. Czasami mi się to udaje.

W życiu Lecha Janerki różne rzeczy były ważne, różne nieważne. A czym w życiu Lecha Janerki był „Jarocin”?

„Jarocin” to była pierwsza weryfikacja przed dużą publicznością. Mówię o 1984 roku, kiedy zaczynaliśmy jako Klaus Mitffoch. Festiwalowy koncert wspominam dziwnie (śmiech). Graliśmy na zakończenie „Jarocina”, gdzieś o 4:00 nad ranem. Musiałbym chyba lewitować tak z pięć metrów nad sceną, aby ktoś to zauważył, ale zagraliśmy i daliśmy z siebie wszystko. Jak zwykle byliśmy nerwowi, neurotyczni. Chwilę po „Jarocinie” zespół się rozsypał. Potem w Jarocinie grałem wielokrotnie.

Na festiwalu debiutowała Bożena – moja żona – na wiolonczeli. Była ciężko przerażona, bo nie miała prawie żadnych wcześniejszych doświadczeń scenicznych, a kiedy graliśmy frekwencja dopisała. Ludzi było co niemiara, a ona biedna z tą wiolonczelą (śmiech). Na próbie zagraliśmy piosenkę „Niewole” i się zrobiła zadyma. To jeszcze nie był koncert, a już było nie najgorzej. Koncert też został dobrze przyjęty i zrecenzowany.

Czyli dobre skojarzenia z Jarocinem – debiut, weryfikacja, powroty… Tych powrotów był sporo i to w różnych konfiguracjach – samemu, z kimś…

No tak. Nagle się okazało, że Voo Voo polubiło mój numer, a ja polubiłem numer Voo Voo. Co prawda nie zagraliśmy go na scenie (mówię o „F-I”, który zaczyna się od słów: „Późno już i wieje zimny wiatr”), ale potem nagrałem go z nimi. A Voo Voo podobały się „Konstytucje”, które włączyli do repertuaru. Czasami razem je wykonywaliśmy… „Jarocin” dopingował do tego, żeby robić nowe piosenki. Na pierwsze trzy występy przyjeżdżaliśmy z nowym materiałem. Potem czułem lekki niesmak, bo nowego materiału nie było, a zaproszenie do Jarocina i owszem. Jechałem i grałem starsze utwory.

 „Jarocin” był wydarzeniem towarzyskim?

Och, ja jestem nietowarzyski! Byłem dość hermetyczny, szczególnie w trakcie pierwszych „Jarocinów”. Spotkania towarzyskie nie wchodziły w grę. Dla mnie wychodzenie z domu było traumą. Wyjazd na koncert tym bardziej. Nie przepadałem za tym.

A jakie ma Lech Janerka emocje związane z powrotem do Jarocina?

Niepewność. Ostatni nasz popis w Jarocinie był bardzo dziwny. Rozkładaliśmy się, a na scenie, w ramach oczekiwania na rozpoczęcie koncertu, odbywał się jakiś quiz z nagrodami. Był tam młody chłopak, który, gdy zobaczył Bożenę ustawiającą się przy wiolonczeli, podbiegł do niej i zapozorował nogą cios karate. Zdziwiłem się. Bożena się wystraszyła. Prowadzący powiedział, że to jest Bożena Janerka, Chłopak się trochę speszył, ale nie za bardzo. Wtedy sobie pomyślałem, że to może nie był najlepszy pomysł, że przyjechaliśmy… W tej chwili staram się o tym nie pamiętać… Jak widać, ze słabym skutkiem.

Nie chciałem przypominać tak traumatycznej historii. Kiedyś festiwal miał duże znaczenie dla sceny muzycznej…

O! Ja bym powiedział, że wręcz kapitalne znaczenie. „Jarocin” nobilitował, albo rozkładał na łopatki.

Tworzył i zabijał kariery?

Tak to działało. Poza tym, jarocińska publiczność była dość bezkompromisowa. Nie wiem jak w tej chwili, bo dawno już tam nie grałem, ale potrafili pogonić ze sceny. Oj, potrafili!

Janerkę też pogonili?

Nie, mnie się akurat udało (śmiech). Nas nie pogonili, ale pamiętam koncert, na którym zespół grający przed nami został ostrzelany workami i butelkami z piaskiem. Wyglądało to jak wojna.

Festiwal się zmienia, odbiorcy muzyki się zmieniają…

I całe szczęście. Zostaje jakaś nostalgia za dobrymi czasami, ale wszystko powinno się kręcić dalej.

A z czym Lech Janerka przyjedzie do Jarocina?

Właśnie zastanawiam się nad repertuarem. Zagramy piosenki, które miały swój debiut w Jarocinie. Na pewno kilka utworów z „Historii podwodnej”… Wróciłem ostatnio do grania piosenek z „Ur”… Zagramy parę pieśni Klausa Mitffocha… Zobaczymy co się wydarzy… Nie przygotowuję precyzyjnie repertuaru, ale sądzę, że będzie się kręcił w tych rejonach.

Lech Janerka wychodzi na scenę i wtedy wymyśla utwory? Mówi: „Panowie zaczynamy grając <<Konstytucje>>, chrzanić setlistę”?

Nie ma czegoś takiego jak setlista! Gramy w zależności od tego co mi do głowy przyjdzie. Muzycy są sprawni. Jeżeli nie zapomnę powiedzieć tytułu, łapiemy się za piosenkę. A czasami zapominam (śmiech), ale jeżeli numer zaczyna się np. samym basem, oni wiedzą, o który kawałek chodzi i umieją się podłączyć.

Możemy spodziewać się jakiś niespodzianek, debiutów?

Niestety nie. Nowe rzeczy są „porozgrzebywane”, ale nie planujemy ich na koncertach.

Czyli w tym roku odwiedziny przypominające…

Solidny emerycki koncert.

Nie mogę się doczekać. Mamy przygotować Geriavit?

Nie, nie. Aż tak dramatycznie nie jest (śmiech).  Zresztą mam swój!

Tekst opublikowany oryginalnie w gazecie Festiwalu Jarocin 2018 (Festiwalowa.pl).